Mój manifest perfum

Mój manifest perfum

Przez wiele lat w branży patrzyłam, jak surowce perfumeryjne przechodzą tę samą drogę co pomidory: wyglądają coraz lepiej, pachną coraz mniej.

Absolut różany, który dziś oferują wielcy dostawcy, ma z różą tyle wspólnego, co pomidor z supermarketu z pomidorem z mojego ogrodu. Albo chleb z marketu z chlebem od piekarza. Formalnie to samo. W praktyce wydmuszka. Mech dębowy, kręgosłup perfum XX wieku, wolno dziś stosować tylko oczyszczony z tego, co dawało mu głębię. Lista takich ograniczeń rośnie co roku.

Stosuję się do przepisów, bo takie jest prawo. Podpisuję się pod bezpieczeństwem każdego swojego flakonu imieniem i nazwiskiem, w dokumentacji, nie w deklaracjach na Instagramie. Ale nie mogę nie zauważyć pewnej asymetrii: naturalny mech potraktowali ekspresowo i kategorycznie, podczas gdy syntetyczne piżma i ftalany siedzą w tysiącach produktów od dekad, a poważne pytania o ich bezpieczeństwo dopiero zaczynają wybrzmiewać. Wychodzi na to, że ryzyko alergii stawia się wyżej niż kumulację w mleku matki. Restrykcje spadają na to, co naturalne.

Trudno się dziwić. Naturalne składniki nie mają swojego lobby. Za syntetykami stoją koncerny z laboratoriami, patentami i prawnikami. Za mchem dębowym stoi porost na dębie. Nikt nie walczy o jego interesy, a dla wielkich graczy każdy wyeliminowany surowiec naturalny to jeden konkurent mniej.

Bo zgodność z prawem to nie to samo co zgoda na kierunek. A kierunek jest taki, że za 50 lat wszystkie perfumy będą pachnieć tak samo: bezpiecznie, płasko i nijako. I pokolenie moich wnuków nie będzie wiedziało, jak naprawdę pachnie róża.

Nie zgadzam się, żeby perfumowy McDonald odebrał nam prawo do zapachu róży, która pachnie różą. Blue Irys robię z tego, co natura daje dziś, zgodnie z przepisami i z pełną dokumentacją. I dopóki mogę, będę wybierać surowce, które jeszcze pachną tym, czym są. To cały mój manifest, to DNA Blue Irys. Reszta jest we flakonie.